Wiosna. Raz słońce praży stokrotki na balkonie, za chwilę deszcz podlewa dopiero co wystawione pranie. Zostajemy w domu, bo może tak jest lepiej. Trudniej w czterech ścianach z myślami, ciągnie je do zjazdów po austriackim lodowcu.

 

Myślę, że większość z Nas nie wyobraża sobie roku bez wizyty w krainie wiecznej zmarzliny. Sezon 2019/20 w zaskakujący sposób skrócił kalendarz narciarski. Nici z rześkiego mrozu co podszczypuje nos i poliki. Nici z wyrzeźbionego zjazdami przyszłego beach body. Cóż począć?

 

I w tym momencie wchodzę ja, cała na biało. Jestem autorką kolekcji fotografii narciarzy w akcji, śniegu oraz gór – a tych nikt nam nie odbierze. Przed Wami zestaw dziesięciu wybranych przeze mnie zdjęć, kojących pandemiczną tęsknotę, przynajmniej moją.

 

W podróży

Piątek między godziną 14 a 15. Sen, a właściwie jego brak, daje się we znaki. Ekscytacja, podenerwowanie, moment zamykania spraw przed urlopem – zawsze intensywnie, nigdy na luzie. Do tego pakowanie sprzętu, odzieży, jedzenia.

 

Należę do roztrzepanych ludzi i zawsze w ostatniej chwili okazuje się, że np. buty narciarskie zostawiłam w domu rodzinnym oddalonym o 300 km… Nie polecam!

Udało się, wszystko zapakowane, upchane, 3h spania i ruszamy ku przygodzie.

 

Osiem godzin trasy przez Niemcy, dwa przystanki w maczku, ale takie myk myk, na wynos. Długa drzemka, jeśli kierowca rozmawia z kimś innym. Krótka drzemka, jeśli siedzicie przy nieszczelnych drzwiach busa i przyodziewacie wszystkie ubrania, śpiwory, płaszcze trenerskie oraz koce, które macie pod ręką. Na próżno, ziąb nie daje spać. Ruszyliście bladym świtem, wcześniej się nie dało.

 

W końcu, naszym oczom ukazał się las ukazują się one. Majestatyczne góry. Na ten widok każdy czekał bardzo długo. No i mamy szczęście, jest piękne światło. Golden hour, długie cienie. Oto wkraczamy w Alpy. Za moment granica z Austrią i potem już tylko 2-3 godziny trasy z szeroko otwartymi oczami.

 

 

W drodze na stok

Już dojeżdżamy na Kaunertal. Wystarczy, że pokonamy słynną dolinę dzielącą bazę noclegową z wyciągami. Jej uroda, hmmm, filmowa. Wystąpiła w jednym z Bondów, ale kto ma teraz chwilę żeby to sprawdzać? Trzydzieści, może czterdzieści minut podziwiacie widok przyklejeni do szyby i z otwartymi na oścież oczami (drugi dzień z rzędu, napięcie rośnie ;).

 

No chyba że wyruszyliście po szóstej rano (..aż przeszedł mnie dreszcz, szczególnie na myśl, że powitalne spotkanie towarzyskie wieczoru poprzedzającego, nieco się przedłużyło…). Po szóstej rano dolina osnuta jest ciemnością. Jeśli jesteś prawdziwym Nartomaniakiem z krwi i kości, i właściwie zawsze wyruszasz jeszcze w nocy rozstawić tyczki w najdogodniejszym miejscu – te zdjęcia czekały na Ciebie. Tak wygląda trasa w porannym świetle [poranek w mojej nomenklaturze to godzina 9.15, dziękuję, pozdrawiam 🙂 ].

 

 

 

Tyczki

Nareszcie to co tygrysy lubią najbardziej.

Góra, tyczki. Nogi same mrowieją od adrenaliny.

 

Już kilka sezonów pakuje oprócz nart aparat. Zazwyczaj fotografuję stałym obiektywem. Krzyczałam więc do wszystkich: podjeżdżajcie bliżej! Nie boję się, nie mogę zoomować! Niestety wszyscy, w trosce o moje kończyny, zachowywali rozsądny dystans i zdrowy rozsądek. W rezultacie nigdy nie byłam zadowolona z kadru w 100%.

 

Przy tyczkach sprawa jest ułatwiona. Trasa jest wytyczona, wystarczy zaszyć się na uboczu lub podejść dowolnie blisko. Jak jest dzida, nie ma pozowania do zdjęć. Nikt mnie nie zauważa. Może dlatego miny są zawsze bardzo naturalne, bez dziubków. Poniżej zdjęcie dokładnie tego momentu. Czy ktoś dopatrzy się na nim mnie z aparatem? Nawet ja sama siebie nie widzę.

 

 

 

Foty z pierwszej linii narciarskich zmagań

Tutaj kilka ujęć z akcji. Zapowiadam, że to dopiero początek zabawy. W przyszłości pokażę Wam tricki na hopkach i zdjęcia sekwencyjne. Obiecuję.

 

Proszę zwrócić uwagę, jak uśmiechnięci są zjeżdżający. Nawet -20 stopni nie zamrozi ich zapału.

 

 

 

A kto rano wstaje, temu…

Kilka razy zabrałam się z tymi szaleńcami o 6 rano. Musieli mnie wnosić do busa w piżamie. Czy zaliczam to do swoich ekstremalnych osiągnięć? Zdecydowanie, 10/10. Zdjęcie knajpy jest nieprzypadkowe – przyjechaliśmy raz na stok jeszcze przed otwarciem kas.

 

Jestem osobą uzależnioną od picia kawy zaraz po przebudzeniu, w tym wypadku tuż po wyjściu z busa. Musiałam wyglądać nietęgo, skoro pani Austriaczka zza nieczynnej kasy spojrzała na moją kawę, potem na mnie i powiedziała:

  • Gratis

 

Dla kontrastu zdjęcie białej puchowej trasy. Te dwa kadry działają na mnie bardzo kojąco.

 

 

 

Styl formalny

Nasi bohaterowie, po pokonaniu usianej tyczkami trasy lubią zapozować do zdjęć (Calvin Klein? Abercombie & Fitch? Can You hear me?). Poniżej reprezentacja Wrocławia.

 

Przynależność do klubu Nartomaniak nie wiąże się tylko z najlepszą stylówką na stoku (chociaż ich ciuszki naprawdę rządzą). Wyjazdy z nimi należą do najbardziej ekscytujących i udanych punktów mojego kalendarza.

 

Jeden klubowicz ze zdjęcia posiada inny strój, ale jego stylówka super fituje (pastele zawsze na propsie). Jest to bowiem kombinezon z olimpiady w Nagano. Niejeden pasjonat dałby sobie rękę uciąć za taki kombinezon. Szczęśliwy właściciel włożył serce i szmat czasu w jego renowację, więc nie w głowie mu handel. Ale, jak to mówił pewien sławny człowiek w trakcie Q&A, Próbować Pan może.

 

 

Roller

Takiego widoku w Polsce nie uświadczysz, za to w Austrii – dzień jak co dzień.

Na dworze miękkie, złote światło. Wyciągacie nogi, masujecie zmęczone mięśnie rollerem, odpalacie piwko. Żyjecie.

 

 

 

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły

Houston, nie mamy żadnego problemu. Dzieci na stoku radzą sobie wyśmienicie, pod okiem czujnych trenerów. Miałam okazję obserwować ich lekcje – możliwe, że rośnie wśród nich kolejne pokolenie polskich medalistów.

 

Zresztą przyznajcie się, który rodzic nie czeka na chwile spokoju, kiedy ich dziecko wymija tyczki? Można wtedy samemu machnąć slalom albo szybkim susem pośmigać po czarnej trasie.

 

 

To jeszcze nie koniec

W tym miejscu stawiam kropkę w Nartomaniaku. A teraz zapraszam Was na moją stronę. Nie będzie niespodzianką, że znajdziecie tam góry, śnieg i narty.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku, opatuleni jak owca, będziemy mieli okazję spotkać się na austriackich stokach, przy tyczkach lub w alpejskim barze. Życzę nam, abyśmy każdej zimy mieli okazję robić to, co kochamy.

Emi.

 

Emilia Schudy, gdy nie śnieży projektuje domy, wnętrza i rysuje. Gdy dopada ją białe szaleństwo trzaska foty jak szalona. Polecamy uwadze – Nartomaniak